środa, 8 września 2010

Demonstracja ONR w Lublinie

Foto:
red. "Biuletynu" Grzegorz Wysok
na marszu ONR

Demonstracja ONR w Lublinie
- próba obiektywnej relacji

W sobotnie popołudnie doszło do zorganizowania w Lublinie dwóch niezależnych oraz antagonistycznych wobec siebie demonstracji. Obie uzyskały zgodę władz miejskich, a więc obie były legalne. Postanowiłem przyjrzeć się z tak bliska, jak to tylko możliwe obu zwaśnionym grupom. Z uwagi na to, iż uważam, że dziennikarskim obowiązkiem jest relacjonować, a nie oceniać, postaram się opisać wszystko co widziałem, chociaż kilku subiektywnych uwag zapewne nie uda mi się uniknąć. Jest godzina 16.00, plac pod Galerią Centrum. Grupa kilkudziesięciu młodych osób rytmicznie walących w bębny. Rej wodzi dziewczyna z gwizdkiem, która "dyktuje" rytm. Na rozmowę z kimkolwiek nie ma szans chociażby ze względu na panujący hałas. Wielu dziennikarzy, robią zdjęcia, filmują. Ja nagrywam trochę muzyki, robię kilka zdjęć i idę dalej.

Plac Litewski. Na pozór całkiem pusty. Tylko dwa radiowozy i samochód straży miejskiej koło "baobabu". Dopiero w głębi placu w ocienionej alejce widać grupkę kilkunastu osób. Zbliżam się do nich. Pytam o organizatorów. Za mną widzę jak podąża kolega z redakcji MM-ki i Radia Lublin. Organizatorem jest Krzysztof. Nie chce podać nazwiska, ani kontaktowego numeru telefonu - minus. Opowiada o tym dlaczego demonstrują, wyjaśnia symbolikę znaku, którego używają ONR-owcy. Ośmieleni dziennikarze również zaczynają rozmawiać z p. Krzysztofem. Zaczynamy robić zdjęcia. Fotografuję młodego człowieka, który na plecach znak Obozu Narodowo-Radykalnego. Zauważa on, że go fotografuje. "Czy szanowny pan byłby tak uprzejmy i nie robił mi zdjęć?" - mówi młody człowiek. Odpowiadam mu równie grzecznie. Zadyma wisi na włosku, ale po chwili gdy okazuje się, że nie reprezentuję "Gazety Wyborczej" pada krótkie: "Przepraszam. Szacun. Może pan fotografować ile chce". Grupa narodowych radykałów licznieje z każdą chwilą. Widać kilka znanych twarzy. Dołączają też ludzie spoza ONR. Ze sztandarami i wieńcem, przygotowanym do złożenia pod pomnikiem "Zapory" na placu Zamkowym. Demonstranci ustawiają się w szyku już na froncie placu Litewskiego.

Wracam pod galerie "Centrum" do "Porozumienia na rzecz Tolerancji". Tutaj sytuacja bez zmian. Nadal króluje muzyka i dosyć piknikowy nastrój. Wiele bardzo atrakcyjnych dziewcząt. Trafiam na organizatorkę tej manifestacji p. Aleksandrę. Ta przedstawia się chętnie i bez oporu podaje swoje namiary. Plus. Mówi, że będzie spokojnie, że nikt nie chce zadym, że chcą tylko wyrazić swój protest wobec ksenofobii swych adwersarzy. Jeśli już czymś będą w nich rzucać to jedynie kwiatami. Narodowcy ruszają z Placu Litewskiego. Idą dobrze zorganizowana grupą. Policja tworzy szpaler, odgradzający obie grupy. Znajduję się w środku między obiema demonstracjami. W uszach mam kompletna kakofonię. Z jednej strony hałaśliwa muzyka wzbogacona o wiele gwizdków "tolerancyjnych", a z drugiej wykrzykiwane jednym głosem typowo narodowe hasła, o natężeniu jak po zdobyciu bramki na stadionie Motoru. Tylko tyle, a może aż tyle. Praktycznie brak wrogich okrzyków poza sporadycznymi głosami pojedynczych osób. Policja tylko obserwuje. Nikt nie rwie się do walki. Cały pochód narodowców jest już poza placem, przed galerią "Centrum" - na deptaku. Nie powiem, że odczuwam zawód, ale po lekturze innych mediów o tym jak podobne manifestacje przebiegały w niektórych miastach, na myśl przychodzi mi jedynie powiedzenie "z dużej chmury mały deszcz".

Wtem centrum zainteresowania wielu ludzi obserwujących te wydarzenia przenosi się na skrzyżowanie deptaka z ul. Wróblewskiego. Słychać komendy policji, następuje szybkie przegrupowanie sił. Cóż się stało? Otóż grupa "tolerancyjnych" wykonała sprytny manewr, który kompletnie zaskoczył prowadzących ochronę demonstracji policjantów. Gdy uwaga wszystkich skierowana była na moment mijania się zwaśnionych grup pod galerią, "oddział specjalny" tolerancyjnych ulicami Kapucyńska, Narutowicza i Wróblewskiego przedostał się na deptak "od tyłu" zagradzając drogę czołu demonstracji narodowców. Piszę "oddział specjalny", gdyż ludzie Ci nie stanowili już rozśpiewanego i roztańczonego tłumu spod galerii "Centrum", lecz byli przygotowani do "zadymy". Wszystkie twarze zakryte, w rękach transparent jawnie obrażający narodowców. Sytuacja zrobiła się bardzo groźna, gdyż mogło dojść do zetknięcia się "grupy specjalnej" tolerancyjnych z czołem pochodu narodowców. Przed chwila zganiłem policję za brak przewidywania rozwoju sytuacji, ale również muszę ich jednak pochwalić za błyskawiczna reakcję oraz otoczenie "oddziału specjalnego" kordonem. Nastąpiły działania grupy prewencji, która nie stosując nadmiernych środków przymusu (pomimo, że manifestanci skandowali policja oraz faszyści to koalicja) doprowadziła do usunięcia "tolerancyjnych" z drogi pochodu narodowców. Potem wszystko przebiegało już spokojnie. Grupa ONR przeszła przez końcówkę deptaka, Stare Miasto i zakończyła demonstrację pod pomnikiem "Zapory" na placu Zamkowym.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Policja nie doceniła wyraźnie sprytu "tolerancyjnych" i pozwoliła im na opisany wcześniej manewr oskrzydlający, ale też nie spodziewała się chyba, że może dojść do zaognienia sytuacji na samym deptaku. Było tam mnóstwo przypadkowych ludzi, często z małymi dziećmi oraz wielu gapiów. Dopiero wówczas, gdy wezwano posiłki i zaczęto siłą usuwać "tolerancyjnych" policja przez megafony zaczęła prosić o opuszczenie terenu przez osoby postronne, a policjanci stojący na deptaku na wysokości ulicy Świętoduskiej zaczęli kierować ludzi idących od Bramy Krakowskiej w ulicę przechodnią. Mam głęboką nadzieję, że sobotnie wydarzenia będą stanowiły nauczkę, policja wyciągnie odpowiednie wnioski i w przyszłości ustrzeże się od popełnienia podobnych błędów. I druga uwaga całkowicie subiektywna: incydent na deptaku spowodowali "tolerancyjni" i nie ma co do tego żadnej dyskusji. Ale chciałbym mocno podkreślić odpowiedzialne zachowanie narodowców. Akcja z usuwaniem "oddziału specjalnego" trwała około kwadransa. W tym czasie grupa ONR stała karnie kilkanaście metrów dalej i z ich strony nie było przejawów agresji wobec osób, które zablokowały drogę ich legalnej manifestacji. Strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby działacze ONR zechcieli wykorzystać sytuację i doprowadzić do tzw. zadymy, o co tak często są w mediach oskarżani.

Ryho